Moja teoria opiera się na akceptacji i przeformułowaniu narracji w zasoby, zamiast wstawiania od myślników cech danej jednostki chorobowej, zgodnie z założeniami systemowej terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach, gdzie to klient jest ekspertem od życia, co nie oznacza, że mamy pozwolić na cierpienie. Oznacza, że każdy ma swoją unikalną historię, a zdrowa relacja to dawanie prawa do życia po swojemu.

Dzisiaj będą w tym temacie pytania.

Lubię nimi pracować. Nie znam wszystkich odpowiedzi, poszukuję, obserwuję. Mam jednak w sobie niezgodę na brak akceptacji drugiego człowieka.

🧠 Dzisiaj takie przyszły do mnie przemyślenia…

Czym staje się terapia, kiedy klient nie odkrywa siebie, bo terapeuta wstawia w puste pola domyślne objawy znane mu ze szkoleń i z książek?

Czym staje się relacja terapeutyczna, w której zamiast uznania, ciekawości świata klienta pojawia się domyślne wskazanie do leczenia…

Co czuje klient, który znów jest „nie taki”, słyszy o konieczności leków, diagnoz i testów?

To, co w terapii ma siłę uzdrawiania, to między innymi relacja. Ta, która płynie ze zdrowego dorosłego. Czy zdrowy dorosły powie: „weź tabletkę”, gdy nie możesz usiedzieć? Co innego, gdy klient mówi, że chce pójść do psychiatry, coś wziąć, żeby poczuć się inaczej, nie chce przy tym siedzieć, bo na przykład nie ma na to teraz ochoty albo zasobów. To wtedy jest podążanie za nim, towarzyszenie.

Ale… nie narzucanie, karanie, odtrącanie, sugerowanie. Wtedy pojawia mi się pytanie wglądowe, o czym jest potrzeba terapeuty do nadawania znanych mu kształtów. Czemu odwraca głowę od relacji opartej o poznawanie, a nie zakładanie…

Gdzie jest granica dobrej relacji terapeutycznej…